Sprawozdanie z przebiegu Wakacyjnego Obozu Naukowego
uczennic Prywatnego Gimnazjum i Liceum Sióstr Niepokalanek z Wałbrzycha.
Wczesnym rankiem 26 czerwca 2010 roku – czyli dzień po zakończeniu roku szkolnego wyruszyłyśmy na tegoroczny obóz. Już na samym początku musiałyśmy zmierzyć się z wielkim wyzwaniem, jakim był transport do Gdańska. Przyczyną problemów były zmiany w PKP, które boleśnie odczułyśmy na własnych ramionach i nie tylko J. A było to tak: wyjechałyśmy z Wałbrzycha do Wrocławia – pierwsza przesiadka – 15 minut J - ale dałyśmy radę! Z Wrocławia jechałyśmy do Piły – był więc czas aby troszkę odpocząć – a Pile następna przesiadka – znów 15 minut ale przynajmniej nie trzeba było przenosić rowerów po schodach – zdążyłyśmy! I tym sposobem dojechałyśmy do Chojnic gdzie na przesiadkę znów miałyśmy tylko kilka minut i nie było wagonu dla podróżnych z większym bagażem ręcznym więc ustawiłyśmy rowery w pierwszym wagonie, co nie bardzo podobało się panu konduktorowi L ale pojechałyśmy! Pan konduktor, o imieniu Wojciech, okazał się jednak niezmierni miłym człowiekiem bo zaczął się martwić, jak my przesiądziemy w Tczewie, bo tam „przecież wielkie schody wybudowano!!!” Dzięki uprzejmości p. Wojtka zawiadowca stacji w Tczewie – wielkie dzięki! – wpuścił nasz pociąg na peron, z którego odjeżdżał pociąg do Gdańska. Mogłyśmy więc bez problemów przeprowadzić rowerki na druga stronę i ruszyć dalej. Krótki przejazd przez miasto i szybko znalazłyśmy schronisko w centrum ( ul. Wałowa niedaleko Stoczni ), gdzie zatrzymałyśmy się na dwie noce. Uff – zaczynamy wakacje!
W niedzielę, 27 czerwca, po Mszy świętej wyruszyłyśmy Koleją Trójmiejską do Gdyni, gdzie zwiedziłyśmy oceanarium, z jego atrakcjami, spotkałyśmy też siostrę Emanuelę odpoczywającą w Trójmieście. Udało nam się też zwiedzić „Dar Pomorza”, który akurat cumował przy nabrzeżu. Na tym statku znajduje się pierwszy salon II Rzeczypospolitej, czyli salon kapitański J. (Kto czytał „Znaczy kapitan” to wie!). Kolejnym punktem naszej wędrówki był Sphinx i smaczny obiad J. Później katedra w Oliwie, krótki koncert organowy i spacer po gdańskiej starówce. Syte wrażeń wróciłyśmy do schroniska, które jest świetnie położone i polecamy je każdemu, kto się wybiera do Trójmiasta.
Następnego dnia, w poniedziałek, wsiadłyśmy na rowerki i pokonałyśmy trasę z Gdańska do miejscowości Stegny. W sumie około czterdziestu kilometrów – ciekawa trasa początkowo główną ruchliwą drogą ale później bocznymi, wzdłuż Rafinerii Gdańskiej. Dotarłyśmy do przeprawy promowej w Mikoszewie i stosunkowo szybko do miejscowości Stegny. Tam po zakwaterowaniu wybrałyśmy się nad morze. Pogoda rewelacyjna ale niestety morze nie było zbyt czyste, nic dziwnego, że ludzi też niewiele. Miejsce wyglądało jakby jeszcze nie było przygotowane na przyjęcie turystów. Ale przecież wakacje dopiero się zaczynają!
W prażącym, upalnym słońcu ruszyłyśmy na kolejny etap drogi – ze Stegny do Krynicy Morskiej. Po drodze zwiedziłyśmy Muzeum Stuthoff w Sztutowie. Przyjechałyśmy jako pierwsze więc udało nam się zwiedzić obiekt z przewodnikiem, który uczestniczył w tworzeniu Muzeum Obozu. To było niezwykle ciekawe spotkanie, gdyż wielkie zaangażowanie przewodnika udzieliło się też nam. Uderzającym jest fakt, że tak straszne miejsca Niemcy planowali w niezwykle ślicznym otoczeniu. Przyroda jakby przeczyła okrucieństwu człowieka! Dalsza droga wiodła wzdłuż Mierzei Wiślanej więc co jakiś czas z jednaj lub drugiej strony połyskiwało Morze bądź Zalew Wiślany. W Krynicy Morskiej udało nam się jeszcze wyskoczyć na krótką kąpiel a następnie statkiem Żeglugi Gdańskiej przeprawiłyśmy się do Fromborka. Tam, umówione już wcześniej z przewodnikiem, dałyśmy się oczarować jego elokwencji i z wielkim zainteresowaniem zwiedziłyśmy wzgórze katedralne z Muzeum Kopernika, wieżą Kopernika w której znajduje się wahadło Fuocaulta. Kiedy już zastały zamknięte wszystkie obiekty wyruszyłyśmy na poszukiwanie schroniska. Okazało się, ze znajduje sie zupełnie niedaleko. Wieczorem tego dnia Sara z Magdą wykazały się nadzwyczajnymi umiejętnościami i przygotowały obiad dla wszystkich. Był makaron z jajecznicą i tartym żółtym serem – pycha!
Kolejny dzień – środa – to droga z Fromborka do Pieniężna i Henrykowa. Jechałyśmy przez Braniewo drogami wybieranymi po raz pierwszy w historii naszych wyjazdów, przez GPS. A więc czerpiemy z nowinek technologicznych. Tym sposobem wylądowałyśmy w zbożu!!! Choć podejrzewamy, że to właściciel pola po prostu zaorał sobie kawałek drogi. Cóż bywa też, że drogi po prostu „znikają” z mapy. A jednak Polska się zmienia. Ale koniec końców okazało się, że dość szybko udało nam się dojechać do Muzeum Misyjnego w Pieniężnie. Warto wspomnieć gospodarzy spotkanych na trasie, którzy częstowali nas jedzeniem. Okazało się, że niedawno wydawali córkę za mąż i bardzo chcieli nas uraczyć weselną kiełbasą własnej roboty. Skorzystałyśmy z tego niespodziewanego poczęstunku rozważając cechy polskiej gościnności. Co odważniejsze zdecydowały się na kąpiel pod studnią – było bardzo gorąco. Pokrzepione ruszyłyśmy w dalszą drogę do Pieniężna. Zwiedziłyśmy Muzeum ale byłyśmy trochę zawiedzione bo nie zobaczyłyśmy żadnego Werbisty a miałybyśmy nadzieję na spotkanie z prawdziwym misjonarzem ! W klasztorze miał się odbywać wielki zjazd młodzieży ale było cicho i sennie. Pod kościołem w Pieniężnie spotkałyśmy grupę rowerzystów z Miętnego, z księdzem, podobnie jak my podróżujących w zgodzie z naturą. Pokrzepione w maleńkim barze ruszyłyśmy pod wielką górę, ze którą skrył się Henryków i miejsce naszego noclegu. Oryginalne bo prawie prywatne mieszkanie w domku oddalonym od ludzi kilka kilometrów w towarzystwie bocianów i zabawnych, małych kotków.
Rano następnego dnia po uroczym śniadaniu w ogrodzie, wyruszyłyśmy skrótem do Lidzbarka Warmińskiego, gdzie udało nam się zwiedzić zamek biskupów warmińskich - potężną budowlę, znajdującą się w remoncie, co daje nadzieję, że będzie to jedno z piękniejszych miejsc na Warmii. Podziwiałyśmy galerię biskupów warmińskich, wśród których znaleźli się tacy, których znamy z lekcji historii i języka polskiego. Kierując się wskazówkami pani przewodniczki wybrałyśmy restaurację „Warmianka”. Choć z zewnątrz nie wzbudzała zaufania w środku czysto i schludnie - polecamy gorąco jedzenie dobre, tanie i duuuużo! Posilone bez problemu dojechałyśmy do schroniska a właściwie ośrodka wypoczynkowego w Kłębowie. Czekał na nas jeszcze jeden pyszny posiłek. Po tym, kto chciał wybrał się nad jezioro – bo tylko tam był zasięg kilku operatorów telefonii komórkowej. Obserwowałyśmy ciekawe zjawisko - pod każdym krzaczkiem siedziało dziecko i nadawało do telefonu J Natomiast Ci, którzy nie są uzależnieni podziwiali piękno jeziora i ciszę dokoła.
Wieczorem okazało się, że Julka na temperaturę ponad 38 stopni. Przy pomocy p. Wandy, pielęgniarki z ośrodka wypoczynkowego, udało się s. Klaudii opanować sytuację. Julka zasnęła i miałyśmy nadzieję, że gorzej nie będzie.
Następnego rana okazało się, ze Jula już czuła się dobrze ale aby jej nie przeforsować zdecydowałyśmy wraz z kierownikiem schroniska, że będzie mogła podjechać do Świętej Lipki busem, który akurat tego dnia wyjeżdżał na wycieczkę z dziećmi. Panie ze schroniska, dziecko nakarmiły, podleczyły i dowiozły w określone miejsce, całe i zdrowe. Tak wiele życzliwości wokół nas. Ale zanim odebrałyśmy Julkę trzeba było tam jeszcze dojechać – droga, jak zwykle, najlepsza z możliwych, wiodła bocznymi ścieżkami, fragment nawet udało nam się przejechać nowo położonym asfaltem. Generalnie drogi na Mazurach nie są złe w porównaniu z naszymi, dolnośląskimi. Tego dnia zdarzyła nam się największa awaria tegorocznego obozu. Mianowicie, przed zjazdem z wielkiej góry Magda ( zwana przez wszystkich Orzechem ) zameldowała, że coś ma nie tak z rowerem. Próbowała przekładać bagaże, coś oglądała, wydawało się, że będzie dobrze. Ale długo z tej górki nie zjeżdżała bo nie mogła – po przyjeździe p. Agnieszki okazało się, że Magdzie pękła oś w tylnym kole. Z pomocą Siostry Emanueli i jej Anioła Stróża, udało nam się złapać okazję do Reszla, gdzie miły pan w swoim przydomowym warsztacie naprawił usterkę wymieniając oś. Z całą grupą spotkałyśmy się w Świętej Lipce. Ważnym szczegółem naszego zwiedzania w tym dniu była osoba przewodnika – jezuity, w wieku około czterdziestu lat, który na dowód tego, że „jak się człowiekowi chce to potrafi”, na pożegnanie z nami zrobił szpagat. Byłyśmy pod wielkim wrażeniem. Niestety obrazu Matki Bożej nie było bo został oddany do renowacji. Razem i już bez przygód dojechałyśmy do Pilca, gdzie miałyśmy następny nocleg. Właściciel części starego młyna, w którym planowałyśmy przenocować był ogromnie zaskoczony naszymi rowerami i dopiero pertraktacje z p. Agnieszką złagodziły jego stanowisko na temat schowania rowerów w domu. Po dobrym obiedzie poszłyśmy zwiedzać otoczenie młyna – ciekawy obiekt i jak będzie ukończony remont to na pewno stanie się atrakcyjnym miejscem na odpoczynek - warto zapamiętać !
W sobotę, kolejny dzień naszej wyprawy, jechałyśmy z Pilca przez Kętrzyn, Gierłożę do Wilkasów. Skrótem wskazanym przez naszego gospodarza szybko dostałyśmy się, przez kolonię bobrów, do Kętrzyna, gdzie zwiedziłyśmy zamek krzyżacki, niewielki w porównaniu z tymi, które wcześniej udało nam się zobaczyć. Z Kętrzyna do Gierłoży jechało się dobrze, trasa jest oznaczona i częściowo rowerowa więc bezpiecznie. W samym Wilczym Szańcu skorzystałyśmy z oferty oprowadzania i wraz z panem przewodnikiem udałyśmy się na zwiedzanie bunkrów niemieckich z czasów II wojny światowej. Było co oglądać i do zapamiętania sporo. W końcu to obóz naukowy. Utrudzone wędrówką skorzystałyśmy z możliwości zjedzenie obiadu w dawnym kasynie oficerskim, gdzie dostałyśmy błyskawicznie pyszne pierogi! Posilone w tym nietypowym miejscu ruszyłyśmy na ostatni etap dnia czyli w stronę Giżycka. Pod samym miastem skręciłyśmy na miejscowość Wilkasy. Po krótkim błądzeniu dojechałyśmy do domu p. Teresy Radomskiej, gdzie czekał na nas rozpalony grill i dwa piękne namioty z łóżkami polowymi. Rozmowy z gospodarzami trwały długo więc po krótkiej nocy i szybkim śniadaniu pojechałyśmy na Mszę świętą niedzielną a kto miał ukończone 18 lat i odpowiedni dokument – mógł wziąć udział w II turze głosowania prezydenckiego. Dopełniwszy tych obowiązków, pilotowane przez naszych uroczych gospodarzy wyjechałyśmy na drogę rowerową do Giżycka. Po drodze zatrzymałyśmy się jeszcze przy pomniku św. Brunona z Kwerfurtu, który cieszy się znaczną czcią w tamtych okolicach i to miejsce zostało uwiecznione na zdjęciu na którym występujemy w koszulkach Netline. Dojechałyśmy do Giżycka. W mieście na dłużej zatrzymał nas obrotowy most, który akurat był zamknięty. Podczas oczekiwania na przejazd spotkałyśmy młodego człowieka, który brał udział w rowerowym „rajdzie dla życia” i chętnie nam opowiedział o idei rajdu, organizowanego przez zielonogórski KSM, i swoich a ten temat przemyśleniach. Ciekawe są te spotkania z różnymi ludźmi na trasie naszej wędrówki.
Z Giżycka piękną, nową drogą wyjechałyśmy dookoła jeziora Niegocin i zmieniając trasę pojechałyśmy najkrótszym szlakiem do Węgorzewa. Upał bardzo dawał się nam we znaki i musiałyśmy zrezygnować z malowniczej ale dłuższej drogi. Jechałyśmy więc wzdłuż jeziora z połyskującymi gdzieniegdzie żaglami łodzi lub małymi motorówkami. Nie spiesząc się wąskimi i zapomnianymi ( znowu GPS ! ) uliczkami wjeżdżałyśmy do Węgorzewa. Po rozlokowaniu się w sympatycznym schronisku wyruszyłyśmy na poszukiwania miejsca na obiad. Udało nam się znaleźć wcale niezłe – znów smaczne i niedrogie. Po spacerze po mieście wróciłyśmy na nocleg.
Rankiem, następnego dnia, w poniedziałek, wyjechałyśmy na drogę z Węgorzewa do Gołdapi. Tego dnia nie miałyśmy w planach żadnego zwiedzania, bo droga wiodła prosto do miejsca noclegu przez małe wioski i lasy. Pod Gołdapią rozpoczęła się śliczna ścieżka rowerowa. Zachwycone drogą, dojechałyśmy do samego miasta, które jak zapowiadały witające nas napisy, jest wstępem do „krainy przygód”. W pięknym Centrum Edukacyjno – Dydaktycznym (gorąco polecamy)!!! miałyśmy swój najlepszy nocleg! Po krótkim spacerze zakończonym w Pizzerii wróciłyśmy i uległyśmy pokusie odwiedzenia basenu, który znajduje się tuż obok. Było warto! Basen bardzo ładnie utrzymany, zjeżdżalnia, jacuzzi i hit wieczoru: aerobik w wodzie dla pań! Kiedyś też tak będziemy ćwiczyć.
Po nocy w czystej, pachnącej pościeli z nowa energią ruszyłyśmy w nieznane marząc o dotarciu do Stańczyków, gdzie chciałyśmy zobaczyć mosty kolejowe, zwane akweduktami północy. Tym razem bez większych problemów wjechałyśmy na właściwa trasę i co jakiś czas zaczęły się pojawiać drogowskazy kierujące do mostów bądź punktów widokowych. Ale dzielnie jechałyśmy dalej aż do Stańczyków. Zjeżdżając z wielkiej góry już widziałyśmy pojawiające się mosty ale cały widok mogłyśmy podziwiać dopiero po zdobyciu kolejnej góry. Nie spodziewałyśmy się, że Mazury są aż tak górzyste! Stańczyki przywitały nas chłodno, nadciągały ciemne chmury, które szybko przyniosły burzę. Dobrze, że w okolicy przygotowane były wiaty i można się było schronić. To pierwsza burza, jaka nas spotkała na tym obozie, więc z radością ją przeczekałyśmy. Deszcz padał jeszcze długo - w końcu musiałyśmy już ruszyć do Turtula, kolejnego miejsca naszego noclegu. Trochę w deszczu, trochę po kałużach dojechałyśmy szczęśliwie do siedziby Suwalskiego Parku Krajobrazowego, gdzie miałyśmy nocleg. Pod schroniskiem czekała już na nas Ludwika Sawicka, która następnego dnia oprowadzała nas po stanowiskach archeologicznym w Szurpiłach. Turtul to kolejne piękne miejsce na nocleg – na Czarną Hańczą, która płynie tuż za budynkami. Dobrze wyposażona kuchnia dała nam możliwości wykazania się i znów jadłyśmy własnoręcznie przygotowany obiadek – spaghetti z sosem bolońskim a Ludwika zrobiła nam wielką niespodziankę częstując lokalnymi serami. Zasypiałyśmy słuchając koncertującej wraz z deszczem Czarnej Hańczy.
Ranek wstał piękny i po deszczu nie było już ani śladu. Po pobudce wszystkie poszłyśmy nad Czarną Hańczę i budziłyśmy się patrząc na piękno przyrody nie wiedząc trochę czy to jawa czy dalszy ciąg snu. Za to kot parkowy w nocy ale całkiem na jawie chyba zjadł wiezionego od początku obozu Wonusia, kraba, którego s. Kladia suszyła a Ola wiozła w wiaderku znad morza. Część grupy mocno zaprzyjaźniona z suszonym Wonusiem prowadziła jeszcze poszukiwania ale bezskutecznie. Wraz z s. Klaudią obejrzałyśmy gliniane „domki” dla owadów – część rezerwatu i pojechałyśmy do Szurpiłów, gdzie czekała Ludwika i jej przyjaciele. Ludwika jest dawną wychowanką naszej szkoły, która po skończonych studiach na Uniwersytecie Warszawskim została na uczelni i aktualnie zajmuje się prowadzeniem wykopalisk w Szurpiłach, „kopiąc Jaćwingów”. Kiedy dowiedziała się, ze będziemy w okolicy na obozie zaproponowała, że przyjedzie do nas i pokaże nam to, co robi i jak wygląda praca archeologów w terenie. Pokazała nam grodzisko, Górę Zamkową i to wszystko, co się dzieje wokół wykopalisk. W Szurpiłach był także mentor Ludwiki prof. Wojciech Wróblewski i przyjaciele, Iza zajmująca się odtwarzaniem dawnych zwyczajów tkackich i Karol, który bada dawne zwyczaje kowalskie. Podziwiając pasję, zaangażowanie i pomysłowość młodych naukowców niejedna z nas mogła zaplanować swoją przyszłość, wybierając dziedzinę, którą można byłoby się aż tak zafascynować, żeby jej podporządkować swoje życie. Tacy ludzie pokazują niewątpliwie zupełnie inny wymiar, który zwykłym śmiertelnikom nie zawsze jest dostępny. Niektórzy nie przypuszczają nawet, że można właśnie tak żyć. Ubogacone tą wiedzą zaprosiłyśmy wszystkich na obiad do p. Mikulskiej, gospodyni z Szurpiłów, która uraczyła nas pyszną zupą i babką ziemniaczaną, przysmakiem regionalnym, którym się nasyciłyśmy nawet w nadmiarze. Po pożegnaniu z archeologami pojechałyśmy już do celu naszej wędrówki czyli do Suwałk. Jechało się bardzo dobrze, bo w większości z górki i dlatego stosunkowo szybko udało nam się dotrzeć do ostatniego naszego noclegu. Niestety, nie do polecenia, bo był to chyba najgorszy i wcale nie taki tani nocleg - w Bursie szkolnej w Suwałkach. Niezbyt czysto, ciasno, bez możliwości skorzystania z kuchni czy lodówki co przy panujących upałach jest niedopuszczalne.
Po pierwszej nocy wybrałyśmy się na wycieczkę rowerową, ale już bez bagaży, nad Wigry. Chciałyśmy zobaczyć jezioro i klasztor kamedułów, w którym zatrzymał się Jan Paweł II podczas pobytu w Polsce w 1997 roku. Prawie połowa drogi wiodła ścieżką rowerową więc nie musiałyśmy się martwić o dość duży ruch samochodów. Klasztor trochę opuszczony i zaniedbany, w części znajduje się ośrodek pracy twórczej. Po zwiedzaniu i odpoczynku, wybrałyśmy się na kolejny przysmak regionalny – tym razem były to pieczone pierogi z owocami – pycha!!! Po dłuższej chwili spędzonej nad wodą ruszyłyśmy z powrotem do Suwałk.
W piątek rano po szybkim śniadaniu – wczesnym bardzo bo około 5 rano, wyjechałyśmy na stację PKP żeby przejechać do Białegostoku i następnie do Wałbrzycha. W szynobusie znowu toczyłyśmy bój z konduktorami, którzy byli niezadowoleni z obecności naszych rowerów. Ciekawe, że na stronie internetowej PKP reklamuje się, że najlepiej podróżować z rowerem właśnie za pośrednictwem kolei. Rzeczywistość okazuje się nieco inna. Taki trochę paradoks. Z kupnem biletów nie miałyśmy tym razem problemów ale z przejazdem troszkę. Jednak dojechałyśmy do Białegostoku i po dwóch godzinach oczekiwania stał się nowy cud. Kiedy czekałyśmy jeszcze na stacji kolejarze mówili nam, że z rowerami nie uda nam się wejść do pociągu, mimo iż pociąg był oznaczony jako prowadzący wagon rowerowy ale takowego wagonu nie było. Zaraz jednak pojawiło się dwóch mężczyzn, którzy zaoferowali nam pomoc i szybko ustawili rowery w dwóch przedziałach, na siedzeniach przykrytych naszą plandeką i workami foliowymi, na tylnych drzwiach zawiesili karteczki, że bardzo przepraszają ale drzwi są uszkodzone (sic!) i pojechałyśmy. Nikt na całej trasie nie miał problemu, że w taki właśnie sposób jedziemy szkoda tylko, że nie można się o tym dowiedzieć normalnie tylko trzeba liczyć na szczęście. Dziękujemy zatem nie firmie PKP ale niektórym bardzo życzliwym pracownikom, którzy ratowali honor kolei.
Próbując w jakiś sposób podsumować to wszystko, co udało nam się przeżyć i zobaczyć trzeba powiedzieć, ze zdecydowana wpływ na tegoroczny obóz miała pogoda. Żar lejący się z nieba męczył dużo bardziej niż przejechane kilometry. Etapy nie były długie więc bez problemu dało się przejechać te zaplanowane 50 czy 60 km dziennie. Noclegi okazały się dobre, poza Suwałkami. Zabytków trochę widziałyśmy ale niestety nie wszystko co było zaplanowane. Droga i zmęczenie zmuszały do weryfikowania planów – jak zawsze. Mamy więc za sobą kolejny obóz – bogatsze doświadczeniem i przeżycia. Dziękujemy bardzo serdecznie wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że obóz mógł się znów odbyć, zwłaszcza firmom Netline, MGM Consulting Group oraz Funduszowi Regionu Wałbrzyskiego, które wsparły nas finansowo. Bez tej pomocy nie udałoby się zorganizować naszej wyprawy i doświadczyć wielu przygód. Dziękujemy!